Złoto przemytników

Golden Triangel – Złoty trójkąt

 

Same Same but different

Miejsce gdzie Mekong łączy ze sobą 3 azjatyckie państwa, tak podobne do siebie, a tak różne.

Od początku pobytu w Azji wszędzie towarzyszy nam hasło „Same Same but different”( takie same ale inne). Na początku tego nie rozumieliśmy. Kiedyś na jednej z wysp podczas rozmowy na ten temat jeden z chłopaków stwierdził, że tego nie da się wytłumaczyć, trzeba pobyć trochę w Azji, aby zrozumieć to zdanie. Zbliża się powoli końcówka naszej podróży i hasło stało się dla nas jasne. Jednak ciężko to wytłumaczyć, każdy chyba to rozumie trochę w inny sposób. Tu po prostu trzeba BYĆ!

Złoty trójkąt to specyficzne miejsce, a z pewnością jeszcze bardziej takim był kilkadziesiąt lat temu , w momencie gdy region przygraniczny Tajlandii, Laosu i Birmy był wiodącym, jeśli chodzi o produkcje Opium. Obecnie w Tajlandii uprawa tej rośliny jest zakazana i z pomocą króla ( którego wszyscy tutaj uwielbiają), ludność się przebranżowiła i na polach pełnych maków w przeszłości, obecnie produkują herbatę, ryż, owoce.

W Laosie jeszcze przed Laosem

Złoty trójkąt jest miejscem bardziej symbolicznym niż jakąkolwiek dużą atrakcją. Oczywiście to moje subiektywne zdanie. Chyba, że ktoś po prostu nie ma czasu na podróż do Laosu, a chciałby stanąć choć na chwilę na laotańskiej ziemi ( niestety nie wbijają tutaj pieczątek do paszportów).

Do samego Chiang Saen można dotrzeć z Chiang Rai autobusem miejskim ( 50 B/ os ). Na miejscu popłynęliśmy łódką, kawałek wzdłuż rzeki – aby „zobaczyć” Birmę a raczej stojące na brzegu kasyno. Następnie łódką dopłynęliśmy do wysepki należącej do Laosu. Tutaj zatrzymaliśmy się na godzinę, jednak już po połowie tego czasu nie było co robić. W folderach wszyscy reklamowali, że jest tu świetny market ( już chyba wiecie jak uwielbiamy bazary). Tak naprawdę nie było nic, co zwróciłoby naszą uwagę, oprócz pierwszego stoiska z alkoholem. Pani sprzedawała whiskey, a w niej węże, skorpiony i inne dziwactwa, a przy okazji przeprowadzała degustacje, a co dokładnie Labi testował dowiecie się w kolejnym poście jedzeniowym :)

Generalnie wyspa jest strasznie zaniedbana, kilka stoisk z zakurzonymi pamiątkami, a na każdym straganie prawie to samo. Wszystko w otoczeniu błotnistej ścieżki, prowadzącej między owymi stoiskami, na której kury zrobiły sobie wybieg. Czy to taki przedsmak Laosu?

Hall of opium

Jest to muzeum poświęcone opium, które było niegdyś uprawiane prężnie na styku trzech państw. Muzeum jest oddalone ok 3 km od Chiang Saen i jest niezwykle nowoczesne i interesujące. Znaczna część wystawy mieszczącej się na 3 piętrach jest interaktywna. Do tego jest kilka sal kinowych. Wszystko rewelacja – tylko maki były sztuczne. W muzeum przedstawiona jest głównie historia opium, co się z niego wytwarza i jakie zagrożenia są związane z jego zażywaniem. W porównaniu z tym co widzieliśmy na małej wysepce należącej do Laosu, która jest tutaj jedną z głównych atrakcji, to uważam, że dużo lepiej spędzić więcej czasu w Hall of opium. Można zobaczyć i dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy,nie tylko dotyczących opium ale także Azji. Obszernie opisane są wojny o wypływy w tych regionach, w których aktywnie uczestniczyli Brytyjczycy, Francuzi oraz Chińczycy. W Muzeum był tak rewelacyjnie, że aż przegapiliśmy ostatni autobus do Chiang Rai. W sumie na dobre nam to wyszło – 5 minut i już z jednym z pracowników placówki wracaliśmy do miasta. Na tle całej Azji, było to jeden z najlepiej przygotowanych ośrodków muzealnych, a na wysoki światowym poziomie. Czysta przyjemność zwiedzać takie miejsca!

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Want to join the discussion?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *