Wydawało się, że nic ciekawego w Kambodży już się nie wydarzy. Wystarczyło pokonać jakieś 900km i dostać się do Bangkoku. Pierwsza część trasy to powrót do kambodżańskiej stolicy Phnom Penh. Kupiliśmy bilety na nocny autobus( pamiętajcie – przejście z Kambodża – Tajlandia w Pot Peit jest zamknięte od 20:00 do 7:00) tak, aby rano przekroczyć granicę. Następnie wygospodarowaliśmy kilka godzin wolnego na małe zakupy w Central Market. Zakupy zakupami, ale podczas obiadowej przerwy jedna z sprzedawczyń podsunęła nam nie lada przysmak. Smażone mini tarantule. Pająki wielkości jakiś 5-6 centymetrów nie mogły ominąć mojego talerza. 2 sztuki kosztowały 0,5$. Co do smaku – to takie dobrze wysmażone chipsy, które jednak trzeba było długo, długo mielić zębami, aby przełknąć. Najlepszą częścią był zdecydowanie odwłok. Nie tak mocno spieczony, a nawet troszkę soczysty z jakimiś fragmentami przypominającymi mięso. Mniam Mniam Mniam 🙂

 

95% na czysto!

Na nasz autobus stawiliśmy się z półtora godzinnym wyprzedzeniem. No i wtedy się zaczłeo, poszedłem po bagaże,które zostały w jakimś magicznym kantorku na dworcu, wchodzę a tam IMPREZA! Grupa khmerskich mężczyzn przy piwku, zajadała owoce morza i inne pyszności. Automatycznie zaprosili mnie do stołu, pobiegłem zatem po Jaśminkę i już po chwili siedzieliśmy na specjalnie przygotowanych V.I.P krzesłach. Chłopaki świętowali urodziny jednego z kierowców( na szczęście żaden z nich już dzisiaj nie pracował) Zaczęli częstować nas piwkiem, które jak to się wyrazili piją tylko bogaci ludzie w Kambodży. Browar ABC to ciemne piwo o mocy 8%, piliśmy je z lodem. Po kilku chwilach rozmowy zeszło nam na narodowe alkohole i wtedy wyciągnąłem z plecaka magiczną buteleczkę od mamusi. 0,2 l czystego spirytusu, o którym już pewnie słyszeliście czytając naszą relację z Singapuru. Otóż ten magiczny płyn, który miał służyć do przemywania ewentualnych ran lub na ostry ból żołądka przypadł Khmerą do gustu. Chłopaki w jednym momencie otworzyli flachę i zaczęli polewać do nakrętki …. Tłumaczyłem im, że może zrobią z tego cytrynówkę, albo chociaż z sokiem wymieszają, ostatecznie z tym piwem. To Was zabije! Zabije? Sprawdzimy na nim i już pierwszy chlupnął. Skrzywienie, palenie, ale chyba nie było ostrzejsze niż papryczka chili. Za chwili kolejni panowie raczyli się czystym polskim spirytusem prosto z nakrętki, do tego byli niezwykle dumni że został on wyprodukowany w naszej polskiej stolicy! Oprócz picia podpalili też trochę w spodzie od puszki i radośnie odśpiewaliśmy wspólnie Sto lat! Nie wiem jak to się dla nich skończyło. Kiedy przyjechał nasz autobus butelka była już w połowie pusta. Ja miałem dość po 3 piwach, a jeszcze dostaliśmy pakunek na drogę w postaci kolejnych puszek. Ciekawe czy rano obudzili się z bólem głowy, bo mnie sa piwo utuliło do spania wręcz wyśmienicie.

 

Bye Bye ….

 

Po 16 dniach pobytu, różnych dobry i złych doświadczeniach opuściliśmy Kambodżę. Nie ma co będziemy wyjątkowo wspominać pobyt w tym kraju!

O 6:30 byliśmy już na granicy, bramki otwierali o 7. Kolejki jak nie wiem co. W sumie przejście na stronę tajską zajęło nam prawie 2 godziny. Tam nie daliśmy się naciągnąć na autobus do Bangkoku i zaczęliśmy łapać stopa. Kilkanaście minut i już byliśmy w drodze prosto do tajskiej stolicy. Przemiła para Tajów, opowiedziała nam trochę o sobie, trochę o religii i życiu. Podróż minęła szybko mimo blisko 250km. Bangkok przywitał nam niemal tradycyjnie deszcze i korkami. Sam dojazd do hostelu przez miasto zajął nam 2,5h! Całe trudy podróży wynagrodziła jednak pyszna sałatka z papai i pad thai, które uzupełniły nasze żołądkowe braki!