Na wstępie chciałem wszystkich uprzedzić, że ten kulinarny artykuł jest naprawdę obrzydliwy i tylko dla ludzi o mocnych nerwach. Także w czasie czytania proszę nic nie jeść, nie pić, a jeżeli jesteście dopiero co po obiedzie to lekturę zostawcie na potem, albo podsuńcie jakąś miskę.

Jajko niespodzianka

Coś w tym jest, w ostatnim czasie im dalej się przemieszczamy tym bardziej ekstremalne rzeczy trafiają do mojego żołądka. No cóż zrobić – taki był cel wyjazdu. Wszystko zaczęło się jeszcze w Chiang Mai. Kończąc naszą wycieczkę na skuterze wjechaliśmy na jakiś przypadkowy bazar, aby się trochę posilić. W sumie teraz z perspektyw czasu mało istotne wydaje się, że znaleźliśmy tam jakieś larwy czy ogromną smażoną ropuchę. Prawdziwym hitem, którego w zasadzie spodziewaliśmy się dopiero w Laosie okazały się jajka. Z tym, że to były jajka niespodzianki z kurzym embrionem w środku. Wszystko nabite na wykałaczkę i smażone na grillu. Na jedną porcję wchodziły 3 jajka z małymi kurczaczkami wewnątrz. Powiem, że łatwo nie było. Całość jak dla mnie nie smakowała, bo nie wiem jak określić zapach stęchlizny i czegoś w rodzaju kupy w każdym kęsie. Powiem, że łatwo nie było Jaśminka patrzyła z politowaniem jak się z tym męczę. Jakoś w końcu przełknąłem i przepiłem colą. Myślę, że do tego dania nie będę zbyt często wracał. Już teraz w Laosie także odnaleźliśmy podobne danie, ale w innej formie. Sprzedaje się tutaj gotowane jajka z embrionami. Na skorupkach cyfrą jest oznaczony dzień rozwoju kurczaka. Im starszy tym droższy. Za takie przysmaki już dziękujemy!

Timon i Pumba byliby w raju!

Oj tak – bohaterowie Króla Lwa byli przeszczęśliwi widząc rynek w Chiang Rai. Ogromna scena, występy lady-boyów i robaki podawane do piwa zamiast orzeszków. Miejscowy przysmak, którego nie ominęliśmy w naszych kulinarnych odkryciach. Zimne piwo Lao (bo to sponsor miejscowej drużyny piłkarskie Chiang Rai United), mecz i zagryzka. Wybór bogatego w białko przysmaku był spory. Poprosiliśmy sprzedawczynię, aby zrobiła nam dobry miks i przystąpiliśmy do degustacji. Generalnie smażone, słonawe larwy z bambusa były mało odrażające i przepyszne! Nawet Jaśminka zdecydowała się spróbować jednej – ale jej nie smakowała! Cykady nie były już tak wybitne, podobnie jak pozostałe 2 bliżej nie zidentyfikowane rodzaje. Ogólnie robaki, larwy i wszystkie inne owady kupowali tutaj wszyscy. To takie miejscowe chipsy, które w połączeniu z piwem skutecznie umilają czas spędzany w gronie znajomych.

Whisky z dodatkiem….

W Złotym Trójkącie przez godzinę byliśmy na terenie Laosu. Ta godzina, a właściwie pierwsze 5 minut nieźle nas zaskoczyło. Wychodzimy, płacimy za wejście i już nawołuje nas opiekunka pierwszego ze stoisk. Otwiera wielki na oko 40 litrowy słój i daje do spróbowania czegoś… dziwnego. Okazało się, że to whisky, ale nie byle jakie. W pierwszym słoju znajdowała się ogromna dwu-metrowa kobra! Wąż miał dodać odpowiedniego aromatu, a wyglądał wręcz przerażająco w słoju. No cóż czego się nie zrobi, żeby dobrze gości w Laosie przywitać. Smak był nieporównywalnie lepszy od tego co piłem w Siem Reap. Zanim jednak zdążyłem przetrawić informację o wężu miałem już nalany 2 kieliszek. Co tym razem? Na nic konkretnego mi to nie wyglądała. Po chwili Pani bierze swój wielki kij i wyciąga coś ze słoja. Jak sobie myślimy co to może być. Takie jakieś podłużne, na końcu dwie kulki…….. i nagle słyszymy : TIGER PENIS. Stanęliśmy jak wryci…., po czym przechyliłem ten kieliszek i stwierdzam, że wódka z penisa tygrysa jest całkiem smaczna i szkoda, że nie rozlewają jej u nas. Kolejne 12 dni, które spędzimy w Laosie zapowiadają się zatem bardzo ciekawie:)