Vientiane -nowoczesna stolica

Vientiane to ciekawe miasto, w którym najbardziej urzekł nas bulwar i deptak nad Mekongiem. Majestatyczna rzeka, która przepływa przez miasto jest jednocześnie naturalną granicą Laosu z Tajlandią. Niejednokrotnie ludzie stoją wpatrzeni w tajskie miasto. Tak jakby wypatrywali tam lepszy świat. Mnie zmusiło to do niezwykłej refleksji. Zwykła rzeka, oddziela dwa tak różne i odmienne światy. Ci sami ludzie, podobny język, inna waluta, inny poziom życia, inny świat. Te 2 różne światy zostały kilka lat temu połączone Mostem Przyjaźni, co niewątpliwie wpłynęło na rozwój Laosu.

Samo miasto uchodzi za niebezpieczne, ze względu na złodziei. Działają w ten sam sposób co w Kambodży. Pamiętacie jak nas okradli? Tym razem nikomu się nie udało. Wprowadziliśmy wiele systemów zabezpieczających kamerę i aparat. W ruch poszły sznurki, które przywiązywaliśmy do spodni i sprzętu. Na szczęście nie było potrzeby weryfikacji ich skuteczności. Podczas długich wieczornych spacerów byliśmy pod wrażeniem jak tutaj miejscowi spędzają czas. W dwóch miejscach na ogromnych skwerach trwał publiczny aerobik. W większości brały w nim udział kobiety, które może nie wiekiem, ale duchem na pewno były młode. W okolicach znajdowały się także place zabaw dla dzieci oraz nocny market dla turystów. Tam jednak po 3 miesiącach doświadczeń nie znaleźliśmy nic oryginalnego czy ciekawego.

Drogo, drogo ,drogo

Stolica do tanich nie należy. Szczególnie jeżeli chodzi o noclegi. Za 60 000 kip czyli 7,5$ nocleg znaleźć można w jednym jedynym hostelu, ale warunki wołają o pomstę do nieba. Cena to jedyny argument, aby tam zostać. My zdecydowaliśmy się na Mixay Paradise gdzie cena to aż 90 000 kip czyli 11doalrów. To była jedna z lepszych opcji gdyż w tym ogromnym hotelu w cenie było śniadanie z szwedzkim stołem. Wychodziło to dość korzystnie, bo można było zjeść ile dusza zapragnie, a różnica w cenie zwracał się. Obsługa dodatkowo nas zaskoczyła oferując nam także jednego dnia darmową kawę i pyszne czekoladowe ciacho. Jak dla nas bomba. Jedyny minus tego miejsca to wszechobecne zakazy bardzo wysokie kary, które dotyczyły niemal wszystkiego : prania ,palenia, picia alkoholu, wynoszenia jedzenia ze śniadania. Dla większości z nas to kwestie normalne, tam jednak przypominały o tym tabliczki z podkreśloną wysokością kary za łamanie regulaminu!

Park Buddy i cała reszta

W okolicy Vientiane jedną z najciekawszych atrakcji jest park Buddy. Samo zwiedzanie tego magicznego miejsca zajęło nam 30 minut. Dojazd najróżniejszymi autobusami ponad godzinę, a powrót prawie trzy. Dlaczego tak? Oczywiście wracaliśmy stopem i niefortunnie wylądowaliśmy na drugim końcu miasta. Spacer trochę trwał, ale w zamian zwiedziliśmy całe miasto oraz jego najważniejsze zabytki. Sam park w naszym wyobrażeniu miał być dużo większy. W rzeczywistości wszystko znajduje się na małej przestrzeni, co z jednej strony daje poczucie ogromu, a drugiej odbiera odrobinę swobody. Niesamowite rzeźby i posągi Buddy pod różnymi postaciami to widok magiczny, czasami zabawny, ale na pewno ciekawy. W sumie byłoby to idealne miejsce na piknik dla całej rodziny. Wstęp do parku to wydatek 5000 kip czyli około 2złote.

W mieście, którym widać duże wpływy francuskie jednym ze symboli jest łuk triumfalny. Monumentalna budowla góruje na ogromnym placu otoczonym zielenią. TO nas niewątpliwie urzekło, gdyż w krajach azjatyckich ciężko znaleźć duże skwery, gdzie można spokojnie odpocząć, posiedzieć i spędzić miło czas.

Węża, ropuchę czy rybi łeb czyli bazar w stolicy

Bazar w Vientiane był przeogromny. Udało się nam dostać do jego części żywieniowej. Tam czekały prawdziwe kwiatki. W jednych wiadrach ropuchy, w innych węże, obślizłe i wręcz odstraszające. Wszystko na na kilogramy do kupienia na obiad. Po chwili mieliśmy niezwykła przyjemność oglądać jak sprzedawczyni obiera żaby ze skóry. Trzeba przyznać, ze robiła to bardzo bardzo sprawnie:) Każdy kolejny krok to nowe ekstremalne wrażenia. Zakupić można było żuki, ogromne, śmierdzące głowy ryb, zresztą nie tylko głowy bo całe ryby także były. Zarówno żywe jak i te średnio świeże. Największy smród wydobywał się z kotła, w którym gotowano kurze embriony. Nie dało się tam wystać pięciu sekund, a naprzeciwko znajdował się salon kosmetyczny. Istna masakra! Warto jeszcze dodać, że wszędzie po podłodze wałęsały się kury, pozwiązywane parami tak, aby nie mogły się ruszać. Mamy także nadzieję, że ogromne garnki z jakąś brązową mazią, które minęliśmy nie miały przeznaczenia gastronomicznego. Wyglądały tak jakby, ktoś pozbierał wszystkie wałęsające się po ziemi resztki i chciał zrobić gulasz, a raczej wielki koktajl. Wiele w Azji widzieliśmy, ale to nas naprawdę przerażało. Wszechobecny syf dał nam się zresztą we znaki późnym popołudniem. Na całym ciele zaczęły nam wyskakiwać czerwone bąble. Bardzo twarde w dotyku i do tego cholernie swędziały. Żadne maści nie pomagały, ale na szczęście kolejnego dnia przestały dokuczać i powoli znikać. Trudno powiedzieć co nam się do skóry dorwało, może jakieś pluskwy, może pchły, a może jakieś krwiożerce, nieznane nauce laotańskie diabły bazarowe. Podsumowując – przeżyliśmy także jest ok.